Log in

Login to your account

Username *
Password *
Remember Me

2012.06.10 - Iberiada i European HOG Rally w Cascais (Pt)

Motorki dotarły do Madrytu bez problemu. Zaraz po przylocie odebraliśmy je z na szczęście nie daleko położonego magazynu CAT, potem hotel i kolacyjka w knajpie Argentyńska Krowa ( VACA ARGENTINA). O winku nie wspominamy bo w Hiszpanii jak wiadomo bez tego ani rusz.
W niedziele, wg. scenariusza Andrzeja który siedział tam sporo lat, runda Madryt-Madryt wokół gór Guadarama ( ponad 2300 m ). Razem ca 280 km . Na trasie kolejno Somosierra, Pedraza ( to takie mini Toledo ) Segovia z lunchem ( prosiaczek lechal czyli mleczniak, którego pozbawiono żywota zanim siegnął po właściwa dla niego prawdziwa strawę ). Potem mała siesta na motorkach i powrót do Madrytu via Navacerrada ( 2350 m ). Jak na prawdziwe góry przystało, niezliczone agrafki na trasie.
Od poniedziałku już do roboty czyli „na Cascais”. Najpierw Madryt – O’Porto, około 610 km. Wybralismy trasę w większości górzystą, a pogoda w tym dniu nas nie rozpieszczała. Boczny silny wiatr, kilka razy sik z nieba, temperatura tak mało sympatyczna że gdzieś w okolicach granicy z Portugalia po raz kolejny wciągaliśmy na siebie dodatkowe ciuchy, tym razem deszczowe kondonki. Po drodze była Avila i piękna stara Salamanka, w której ‘był odbyty’ lunch oraz odśpiewane tradycyjne NIGDY NIE ZAGAŚNIE dla Andrzeja, któremu stuknęły w tym dniu dwie szóstki. Przyjazd do O’Porto wieczorkiem, zaraz potem szybkie kolejki porto w barze hotelowym no i oczywiście, nad rzeką , zasłużona kolacje z udziałem nie odłącznego do końca pobytu w Portugalii vinho verde i rewelacyjnymi rybkami.
Następnego dnia objazd O’Porto i plaża. Tamże seafoodowy obiad. Wieczorem mecz Polska-Rosja na telebeamie umieszczonym na jednym z placów w pobliżu hotelu, w towarzystwie lokalnej Polonii i piwa.
W środę O’Porto – Cascais, 350 km. Zakwaterowanie, wymarzona kolacja. Znowu super mariscos no i vinho verde. Po kolacji, w nocy, Witek vel Road Cap i Rafał wsiedli na motorki i śmigneli jeszcze na Cabo da Roca. Ta eskapada na zdjęciach nocnych. W Cascais hotele przy głównej palmowej promenadzie, niestety z kilkoma tylko motorkami tego dnia, bo cała zgraja europejska i nie tylko ( były HADEKI nawet ze Stanów, Australii i Nowej Zelandii, na oryginalnych numerach ! ) dojeżdżała sukcesywnie w czwartek i piątek.
Czwartek, piątek,sobota to typowy, trudny żywot harleykowicza czyli szwędanie się po pieknych górzystych okolicach. Cabo da Roca, Sintra, Lizbona, Setubal, Troia. Jakieś piwo, wino i rybki albo inne kraby w nad atlantyckich knajpkach po drodze. Marek oddawał się każdego dnia ulubionemu golfowi, a Rafał dzielnie odskoczył któregos dnia dodatkowo do Lagos ( 320 x 2) i tak mu się spieszyło do kolejnego vinho i zacnej naszej kompanii że chyba pobił rekord trasy Lagos-Cascais. Witek natomiast w imieniu grupy zanurzył swe roadcaptainowe ciało w zimnych jak piorun wodach Atlantyku, a że młodziutki(…), to mu to jakoś nie zaszkodziło. Poza tym co noc balanga z piwkiem na promenadzie, gdzie tradycyjnie na wielkiej scenie od 19.00 do rana grzmiały różne grupy rockowe, głownie brytyjskie. Atmosfera super. Kilka tysięcy motorków zaparkowanych na ciasnych w sumie uliczkach centrum Cascais. Muzyka, wydechy, tańce, wszystko do kupy świetne. W licznych sklepach pełno fajnych gadżetów. Knajpy rewela. Jest ich dużo i w dobrej jakości. W niedziele trzeba było dokonać ewakuacji i udać się do Madrytu. Temperatura 38 do 40, setki motorków na trasie. Odbilismy z nagrzanej autostrady na górska trasę (via przepiękne Caceres i Avile) którą jechało się jak w dobrze klimatyzowanej puszce. I 720 przepieknych kaemów.
Ostatni dzień to poniedziałek z wyskokiem do Toledo i Chinchon , stolicy anyżkowych nalewek. No i niestety to był koniec. Szkoda. Razem gdzieś tam jakieś 3000 km w cudownej pogodzie i przepięknych krainach.